czwartek, 24 października 2013

"Dzień 1 - Zwiedzanie (Masada, Jerycho, Morze Martwe, Pustynia Judzka)" Wspomnienia z Izraela



Obudziliśmy się wcześnie i rano i poszliśmy na śniadanie przed godziną 08:00. Okazało się, że większość rodaków była już w autokarze bo przesunięto godzinę wycieczki na 08:00. Szybki łyk kawy i już byliśmy w autokarze.
Moja ekscytacja, radość i szczęście wręcz mnie rozsadzała. W autokarze zobaczyłem i zamieniłem kilka zdań z osobami, które znam z rodzinnych stron z kościołów z Polski. Między innymi z Dawidem z Legnicy. Znamy się od wielu lat. Miło było się spotkać w tak ciekawym miejscu.
Usiedliśmy z tyłu autokaru z Darkiem. Aparaty w dłoń i zaczęliśmy fotografować cokolwiek nam wpadło w oko niczym "japońska wycieczka". Do autokaru dosiadł się do nas z tyłu arabski przewodnik - Qasem.
W dwóch autokarach, którymi jechaliśmy było trzech przewodników. Kordian i jego żona Gosia z Krakowa i Qasem.
 
Jechaliśmy w kierunku morza martwego do Masady. W czasie drogi widziałem oddzielone wysokim murem dzielnice izraelskie od palestyńskich. Było też widać wyraźnie, które dzielnicę są bogatsze. W czasie drogi zatrzymaliśmy się na prowizorycznej stacji benzynowej. Postanowiłem kupić sobie 1,5l butelkę wody w arabskim mini supermarkecie. Miły kasjer polecił mi również mała paczkę wafelków czekoladowych. Ceny nigdzie nie zauważyłem. Zauważyłem natomiast, że często później trzeba było uważać by nie dostać tzw. "Ceny za twarz". Czyli w przypadku wody i wafelków zapłaciłem 30 szekli = 30 zł czyli prawie 8 Euro.

Wielu z Palestyńczyków to koczowniczy naród żyjący z hodowli bydła i żyjący w prowizorycznych domach zrobionych ze zbitek blachy i desek. Palestyńczycy to w prostej linii potomkowie Filistynów czyli Kananejczyków. W Starym Testamencie relacje między Izraelitami i Filistynami zazwyczaj były przedstawione bardzo wrogo i tak jest do dziś.
Są strefy granicznej kontroli, gdzie oba te narody nie chcą się nawzajem w nich widzieć. Mają wręcz zabronione by poruszać się po danym terytorium. W niektórych miejscach widziałem jak izraelskie dzielnice ze względu na bezpieczeństwo swoich mieszkańców oddzielają się bardzo wysokim betonowym murem.
Potwierdzał to też nasz arabski przewodnik.




W czasie drogi na siedzeniu znalazłem okulary dałem je tej pani na wprost. Uśmiech i zaskoczenie uwolniło radość i pogaduchy. Beatka, która z Darkiem poznaliśmy miała niezwykle poczucie humoru. Zarażała innych swoich śmiechem. Dobrze trafiłem :) Oprócz tego poznałem przemiłe małżeństwo na M - Marzenka i Marek.


Dojechaliśmy do Morza Martwego.
Najniżej położone morze na świecie - 418 poniżej poziomu morza i ciągle się obniża, bo wysycha. Zasolenie przekracza nawet 30%. Podobno w tym morzu, nikt jeszcze nie utonął. Podobno nie ma w tym morzu ryb.


Nasz przewodnik - Qasem, zaczął z nami o tym rozmawiać. Zapytałem się go czy to prawda, że jest to Morze Martwe. Opowiedział mi i Darkowi, że można złapać tu duże ryby i powiedział nam historie: Jeden z arabskich przewodników powiedział amerykańskiemu turyście, że za 20 dolarów złapie dla niego dużą rybę w Morzu Martwym i mu ją pokaże. Amerykanin dał przewodnikowi ustalone 20 dolców. Arab po chwili zastanowienia powiedział Amerykanowi tak - "Ty jesteś tą dużą rybą,  którą właśnie złapałem". Arabski dowcip :)

Dotarliśmy do Masady. Widoki przepiękne, Słońce niemiłosiernie gorące.



Zdecydowaliśmy się po namowie polskiego przewodnika - Kordiana wjechać na szczyt góry - Masady kolejką górską. Pieszy szlak zajmuję w jedną stronę około 2 godzin. Dzięki Bogu za ten pomysł.



Po drugiej stronie Morza Martwego znajdowała się Jordania. Góry Moabskie - te same, które są wymieniane kilkukrotnie w Starym Testamencie. Stąd pochodzi Rut ( Ks.Rut ) - babcia króla Dawida.


Jak dotarliśmy na gorę po raz pierwszy wyciągnąłem z plecaka moją flagę. Reakcja Polaków zwłaszcza przewodnika - Kordiana, który jak się okazało jest konwertytą na Judaizm była zaskakująca.
Ludziska pożyczali flagę i robili sobie zdjęcie na jednym z najważniejszych miejsc historycznych dla Żydów.
Oczywiście ludzie z innych krajów mogli też widzieć skąd jesteśmy.


Kordian - zna historie Izraela i ma gadane jak mało kto. Razem z żoną Gosią prowadzą biuro turystyczne w Krakowie. Często podróżują do Izraela. Polubiłem tego gościa od razu.





Warto wspomnieć, że Masada to miejsce zapisane w pamięci Izraelitów jako miejsce oporu, odwagi i bohaterstwa Żydów w walce z silniejszym wrogiem. W tamtym historycznym kontekście Rzymem.
 Około 40 roku p.n.e Król Herod udoskonalił twierdze by bronić się przed ewentualnym wrogiem. 
W roku 73 n.e Masada była jednym z trzech miejsc oporu przeciwko Rzymianom. W oblężeniu twierdzy brało udział około 5 tysięcy Rzymian i 9 tysięcy niewolników. 

Dzięki nim usypano skarpę, po której rozpoczęto szturm fortecy przy pomocy wieży oblężniczej. Na czele broniących się Zelotów stał Eleazar ben Jair. Sytuację wewnątrz twierdzy w czasie oblężenia znamy z relacji Józefa Flawiusza, jednak trudno powiedzieć, na ile jego opis odpowiada prawdzie. Kiedy dostrzeżono bezcelowość dalszej obrony przystano na propozycję zbiorowego samobójstwa, wysuniętą przez ben Jaira. Każdy mężczyzna zabił żonę i dzieci, następnie wylosowano dziesięciu zelotów, którzy zabili pozostałych mężczyzn, z tych wybrano jednego, który zabił pozostałych i wreszcie popełnił samobójstwo. Pozostawiono nietknięte zapasy żywności, aby Rzymianie wiedzieli, że nie wzięli twierdzy głodem. Flawiusz podaje liczbę 960 obrońców, którzy odebrali sobie życie. Ocalały dwie kobiety z pięciorgiem dzieci, ukryte w kanale.


Powyżej na zdjęciu usypany taran. Na dolę spory pagórek, który został również usypany by w ukuciu budować machiny oblężnicze. Żołnierze armii izraelskiej składając przysięgę wypowiadają słowa "Masada nigdy więcej nie zostanie zdobyta". 

Po obejrzeniu dokładnie ruin fortyfikacji ruszyliśmy w stronę Jerycha - najstarszego miasta na świecie. Jerycho jest pod autonomią palatyńską stąd domyśliłem się, że jedzie z nami Arabski przewodnik.
Mój kompan Darek - miał już dość zwiedzania, przynajmniej w czasie drogi.


Po przejechaniu strefy militarnej i chronionej przez palestyńską straż graniczną ujrzeliśmy więzienie.



Celem wyprawy było zobaczenie Góry Kuszenia ( Na zdjęciu po lewej stronie ) na której to szatan kusił Jezusa jak ten pościł 40 dni i 40 nocy.

"Wtedy Jezus został przez Ducha wyprowadzony na pustkowie, by poddał się próbie ze strony diabła. Kiedy już pościł czterdzieści dni i czterdzieści nocy, odczuł głód. Kusiciel przystąpiwszy powiedział do Niego: Jeśli jesteś Synem Bożym, powiedz, aby te kamienie stały się chlebem. On w odpowiedzi rzekł: Jest napisane: Nie samym chlebem żyć będzie człowiek, lecz każdym słowem, które pochodzi z ust Boga. Wziął Go wówczas diabeł do miasta świętego i postawił na szczycie świątyni. Powiedział Mu: Jeżeli jesteś Synem Bożym, rzuć się w dół. Jest przecież napisane: Swoim aniołom da co do Ciebie nakaz i na rękach nosić Cię będą, abyś nie uraził swojej nogi o kamień". Rzekł mu Jezus: Lecz jeszcze jest napisane: Nie będziesz wystawiał na próbę Pana, Boga twojego. Z kolei wziął Go diabeł na bardzo wysoką górę. Pokazał Mu wszystkie królestwa świata i ich przepych i powiedział Mu: Dam ci to wszystko, jeśli upadłszy pokłonisz się mi. Na to Jezus mu odpowiedział: Odejdź, szatanie! Jest bowiem napisane: Panu, Bogu twojemu, będziesz oddawał pokłon i Jemu samemu będziesz służył. Wtedy opuścił Go diabeł, a podeszli aniołowie i usługiwali Mu". ( Ew. Mk 4, 1-11). 

Spróbowałem też pierwszy raz wyciskanego soku ze świeżych granatów od lokalnych chłopaków, którzy dobrze rozmawiali po Polsku. Oczywiście celem ich było zagadanie do turystów i wciśnięcie szekli lub dolarów, w szczególności od dziewczyn: "Kochanie, ładna dziewczyna kup soczek".



Zjedliśmy pyszny obiadek - open bufet. Minęliśmy drzewo Sykomory, na które to prawdopodobnie wspiął się Zacheusz by zobaczyć Jezusa.

"Wstąpił do Jerycha i szedł przez nie. Znalazł się tam wtedy człowiek, nazywany Zacheuszem. Był on zwierzchnikiem poborców opłat, bardzo bogatym. Chciał on zobaczyć Jezusa, jaki On jest, lecz ponieważ był niedużego wzrostu, nie mógł z powodu tłumu. Pobiegł zatem do przodu, gdzie miał przechodzić, i wszedł na sykomorę, aby Go zobaczyć. Kiedy Jezus doszedł do tego miejsca, spojrzał w górę i odezwał się do niego: Zacheuszu, zejdź prędko stamtąd, bo dzisiaj w twoim domu powinienem się zatrzymać. Zszedł prędko i przyjął Go z radością. Kiedy to zobaczyli, wszyscy z niezadowoleniem powtarzali, że poszedł odpocząć u grzesznego człowieka. A Zacheusz stanął przed Panem i rzekł: Panie, oto połowę mojego majątku daję ubogim. A jeżeli kogoś w czymś ograbiłem, zwracam czterokrotnie. Na to Jezus mu rzekł: Dzisiaj zbawienie stało się udziałem tego domu, gdyż i on jest synem Abrahama. Bo Syn Człowieczy przyszedł odszukać i ocalić to, co zginęło".
( Łk 19, 1-10).


Po przejechaniu nie szczególnie ciekawego miasta pojechaliśmy w drogę powrotną pokąpać się w Morzu Martwym.


Wszech otaczający język Rosyjski, skwar i ciepła słona gęsta zupa przypominająca wodę. To moje skojarzenia z Morzem Martwym. 


Po kilku godzinach. Ruszyliśmy w ostanie miejsce wyprawy - Pustynie Judzką.


W tym miejscu Jezus pościł 40 dni. Niezwykłe miejsce z niezwykłym klimatem. Jak dojechaliśmy była godzina około 18:00-19:00 a mimo to było bardzo gorąco. Moje przemyślenia. Mhy?! 
Jezus jak każdy człowiek, pomimo swojej boskiej natury mógł i prawdopodobnie szukał tu też cienia, kiedy słońce paliło. Może mógł też znaleźć tu wodę? Biblia mówi nam o tym, że Jezus po 40 dniach i nocach był głodny a nie spragniony wody. Na tej pustyni są w niektórych miejscach jaskinie, gdzie mógł też spać.



Na najdalej wysuniętym miejscu po mojej lewej stronie znajduję się Góra Kuszenia. Po głębokich przemyśleniach i po zarejestrowaniu w głowie niezapomnianych widoków ruszyliśmy w drogę powrotną do hotelu. 
Po pysznej kolacji razem z Darkiem, Ulą, Anią i Jolą wybraliśmy się do starego miasta na pieszo nie znając drogi. Widok był taki jak oczekiwałem. Ciepła wieczorna temperatura, gwar przechodniów i piękny klimat antycznej Jerozolimy odpłaciła mi ból moich stóp. Moje czerwone laczki nie nadawały się na długie spacery. Dojście do starego miasta z hotelu zajęła nam mniej więcej 45 minut.





To miejsce po wyżej zachwyciło mnie swoim urokiem. Jest to Cytadela Dawida. Tak naprawdę niewiele z Królem Dawidem miała wspólnego bo wybudowali ją Turkowie w XVI wieku.
Jak się później okazało było to częste miejsce mojego ulicznego grajkowania.

Po przejściu przez dzielnicę muzułmańską dotarliśmy do dzielnicy żydowskiej i chyba jednego z najsłynniejszych miejsc w Jeruzalem - Ściany Płaczu. Pomodliłem się z serca i zapisałem na karteczce moją prośbę do Boga. Karteczki są zbierane raz na 2 miesiące przez Rabinów i podobno gdzieś zakopywane.



Do pokoju hotelowego dotarliśmy bardzo późnym wieczorem. Nie czując już stóp złapaliśmy taksówkę. I tu nie miła przygoda. Taksówkarz umówił się ze mną na cenę 20 dolarów za przejazd. Po dojechaniu do hotelu zażądał 25 dolarów. Tłumacząc się tym, że źle obliczył. Daliśmy mu bardzo niechętnie 22 dolary i pojechał.
Razem z Darkiem poznaliśmy w naszym pokoju nowego współlokatora - Artura, który przyleciał z Niemiec, gdzie mieszka i pracuje. Dzięki Joli za korki do uszu mogłem nie słyszeć Dareczka :) Korki do uszy służyły mi bezcenne przez cały pobyt w hotelu. Co jeszcze się wydarzyło. Okazało się, że wypadł mi klucz do samochodu, który nosiłem w bocznej kieszeni w spodenkach. O kluczu do samochodu będę jeszcze pisał w ostatnim dniu podróży.

Źródło niektórych informacji: Wikipedia.

piątek, 18 października 2013

"Mały chłopiec" - Wspomnienia z Jerozolimy



Czas i chwile spędzone w Izraelu i w Jerozolimie - mieście Pana Boga to chwilę, które nigdy nie zapomnę.
Mogłem doświadczać Bożej miłości i Jego obecności. Miejsca, które widziałem i ludzi, których poznałem zostaną w moim sercu na zawsze.
Pamiętam jak grałem kiedyś na jednej z głównych ulic w Jerozolimie - Ben Yehuda. Podeszła cała rodzinka by popatrzeć i posłuchać. Śpiewałem w tedy po Polsku swoją piosenkę. Przyglądał się temu zdarzeniu mały chłopiec, który siedział sobie skupiony i wpatrzony w moją gitarę i to co robię.


Skończyłem śpiewać i grać. Podziękowałem słuchaczom i już miałem się pakować do dalszej drogi, gdy  dostrzegłem małego chłopca, który się chował za swoją rodziną i starszymi siostrami. Zawołałem na głos: Widzę, że jest tu ktoś kto chcę zagrać na mojej gitarze!
Mały chłopiec bardzo się zdziwił jak podszedłem do niego. Ściągnąłem gitarę z ramion i zawiesiłem ją na jego ramionach. Co za zaskoczenie!


Podprowadziłem małego gitarzystę w miejsce w którym sam przed chwilą byłem. Odsunąłem się do tyłu.


Co za radość i szczęście. To było fantastyczne przeżycie.
Mogłem oglądać tego małego chłopca jak się cieszy i próbuje zagrać tak jak ja przed chwilką.
Stałem na przeciwko niego. Zaczęłam rytmicznie klaskać i śpiewać łatwą wokalizę coś w stylu: OOOoooooo oooooo. :) Zachęcając gapiów by śpiewem pomogli małemu gitarzyście grać. Ludzie którzy stali obok, zwłaszcza rodzinka chłopca szybko się w to włączyła. Co wywołało jeszcze większą radość i uśmiech na twarzy małego gitarzysty. Trwało to krótką chwilę ale było to bezcenne.

Podszedłem do małego chłopca, położyłem rękę na jego cool'owy kapelusz i powiedziałem po angielsku:
"Będziesz jak król Dawid uwielbiał Pana Boga!". Pogratulowałem mu z całego serca odwagi.
Na koniec tato małego chłopca podszedł do mnie, uścisnął mi dłoń, spojrzał mi w oczy i powiedział: "Bardzo ci dziękuje za to". Cała rodzinka odeszła rozmawiając z małym chłopcem, gratulując mu tego co się właśnie stało.

Zobaczyłem w tedy jak łatwo można uwalniać radość. Każdy może dawać coś tak banalnie łatwego jak uśmiech do drugiego człowieka, chęć zauważenia kogoś, porozmawiania.

Uwalnianie radości i miłości z Panem Bogiem ma moc dotykać i zmieniać serca ludzi!

środa, 16 października 2013

"Dzień 5 - Wyprawa do Starego Miasta, Proroctwo w kawiarni, Spotkanie z Polskimi Żydami " Wspomnienia z Izraela


Zaczęliśmy dzień od bardzo wczesnego spaceru z hotelu do Clal Building około godz. 4 rano.
O 5:00 zaczynaliśmy naszą sesje uwielbienia. Pomimo wczesnej godziny. Mieliśmy super czas.
Cudownie jest oglądać wschód słońca z 14 piętra w samym "sercu" Jerozolimy.
Po powrocie na pieszo do hotelu i po zjedzniu pysznego śniadanka poszliśmy spać do swoich pokoji.
Niechciałem jednak przespać tego dnia. Około godziny 11:00 wyruszyłem sam z hotelu znowu na pieszo
pozwiedzać miasto.
To był niezwykły dzień i jeden z badzo wyjątkowych dla mnie osobiście.
Idąc ulicami nie było widać za dużo ludzi poruszających się po ulicach.
Mogłem przyjżeć się z bliska mostowi "Harfie Dawida", która robi niesamowite wrażenie.


Most ten został zbudowany stosunkowo niedawno i ma za zadanie przedłużyć linie tramwajową z jednego zachodnie części Jerozolimy do wschodniej. Podobno nie którym radykalnym Żydom wcale ta nazwa i kształt mostu nie przypadł do gustu.Osobiście uważam, że jest super!


Przyglądając się rzeczom i architekturze do okoła modliłem się o to miasto. Postanowiłem zwiedzić Stare Miasto. Udałem się do bramy damasceńskiej.


Poczułem jak bym przeniósł się w czasie. 

Opowiadanie w budowie (....)



sobota, 12 października 2013

"Bóg zaskakuje i Walczy za nas" Wspomnienia z Izraela


Po pysznym śniadanku. Pojechaliśmy nowoczesnym tramwajem z naszego hotelu pod budynek Clal.
Pamiętam nazwę stacji, która pięknie i dźwięcznie przypominała język polski. Słyszałem jej wymowę w głośnikach w tramwaju - Ha-Davidka.

Kiedy wysiadłem z tramwaju zobaczyłem grupę "dziwnie" ubranych ludzi przy stacji. Słyszałem muzykę i taniec.Okazało się, że w tej grupie osób był Paweł i jego mama, których poznałem dzień wcześniej jak grałem na ulicy w starym mieście.


Razem z grupą chrześcijan ze Szwecji, tańczyli przy skocznej żydowskiej muzyce. Chcieli w ten sposób pokazać swą sympatię do Izraela. Na sztandarze ( na wprost ) był napis z Księgi Zachariasza 12, 9 po angielsku:

„W owym dniu sprawię, że wszystkie ludy, które targnęły się na Jeruzalem, będą zniszczone”.

Porozmawiałem chwilę z Pawłem, który wytłumaczył mi idee tego pomysłu. Żydzi bo głównie do nich skierowana była ta drama, chętnie przyglądali się temu przedstawieniu i chętnie też rozmawiali.
Napis z księgi Zachariasza był "mocnym" fragmentem, przypominającym wszystkim Boże przymierzę z Izraelem.

Pieniądze od ludzi na ulicy:
Postanowiłem po uwielbiać Pana Boga w starym mieście pod cytadelą Dawida - tam gdzie wcześniej.
Był to trochę trudny czas, jeśli chodzi o granie na ulicy. Nie mogłem się za bardzo "przebić" przez pierwsze kilkanaście minut. Czułem zmaganie i trud, na ulicy było znacznie głośniej niż poprzednio. Zaczęłam się modlić na głos kiedy grałem na gitarze, by Jezus przegonił to co nie pozwalało mi w wolności i radości uwielbiać Jego imię. Po jakimś czasie zobaczyłem moich współtowarzyszy Jolę, Darka i Ulę jak siedzą na przeciw mnie i wspierają mnie duchowo.

W czasie grania lub raczej jak kończyłem śpiewać piosenki podchodziły do mnie różne osoby by porozmawiać. Jedna z nich podeszła i wręczyła mi 50E. Za chwilę inna kobieta z Holandii podeszła i poprosiła o modlitwę. Zawołałem Ulę i razem pomodliliśmy się o pewne życiowe problemy, które ta pani miała by Bóg pomógł je rozwiązać. Po jakimś czasie skończyłem wywyższać Boga i ogłaszać Bożą miłość dla Jeruzalem. Poszedłem do pobliskiej kawiarni napić się mrożonej kawy. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu Ula wręczyła mi kolejne 50E od tej samej pani z Holandii o którą się właśnie modliliśmy. Nie były to absolutnie pieniądze za modlitwę. Ta kobieta poczuła, żeby przekazać mi tą sumę przez Ulę obawiając się, że mogę tych pieniędzy nie wsiąść.
Wyszedłem z kawiarni  usiadłem pod ścianą i się rozpłakałem.
Bóg wie kiedy zadziałać i jak dotknąć człowieka! :)

3 dni później:
Zadzwonił do mnie hotelowy telefon, kiedy byłem w pokoju. Usłyszałem głos w słuchawce, managera hotelu, który się przedstwił. Opowiedziałem mu co się dokładnie wydarzyło i jak zostałem okradziony.
Manager poprosił mnie, żeby zszedł na dół na recepcje z moją kartą płatniczą na którą to hotel przelał mi
250 dolarów. Dokładnie tyle ile zostało skradzione z mojego portfela.




 




piątek, 4 października 2013

"Dzień 3: Nowo poznane osoby, okradziono mnie, Uwolnienie miłości z mego serca, Spotkanie z prorokiem Izralem, Oddano mi to co skradziono " Wspomnienia z Izraela



Dzień zaczęliśmy razem z Darkiem od zawieszenia polskiej flagi na balkonie , która uszyła mi Ola jeszcze w Dublinie. Flaga zawisła w naszym pokoju na 9 piętrze było ją widać doskonale widać z dalekiej odległości.  Razem z Darkiem ruszyliśmy na kolejne pyszne śniadanie. Po śniadaniu większość Polaków z naszego hotelu - Jerusalem Gardens postanowiła po wygrzewać się trochę w słońcu na otwartym basenie.

Mogłem się zrelaksować i kompletne zapomnieć o irlandzkiej zimnej i deszczowej pogodzie. Poniżej moi ulubieni nowożeńcy z Wrocławia - Oliwia i Dawid, których miałem okazję poznać pierwszego dnia wycieczki. Od razu oboje polubiłem bardzo.


Poznałem też fajną parę Izraelczyków, którzy przyjechali do hotelu na kilka dni. Mieliśmy fajną i miłą rozmowę. Dziewczyna, której imienia nie pamiętam powiedziała mi, że pracuje w armii izraelskiej i że ma 19 lat. Dowiedziałem się, że służba wojskowa w Izraelu jest obowiązkowa i trwa zazwyczaj 3 lata. Dzięki Bogu, że nie byłem w armii!

Wielokrotnie mogłem później oglądać uzbrojone po zęby umundurowane służby obronne, żołnierzy, straż graniczną czy nawet ochronę w naszym hotelu z bronią na ostrą amunicję ( karabiny typu M45, czy ręczną broń typu Magnum ). To powoduje w mojej opinii generalną i stałą ochronę siebie jak i państwa.

Czy to dobre? Na pewno taka postawa wywołuje w każdym przypuszczalnym agresorze strach i dogłębne przemyślenie czy warto atakować, tak broniącego się obywatela czy państwa.


Poznałem się lepiej też z Jamilem z Kalisza. Długo sobie mogliśmy fajnie pogawędzić. W czasie rozmowy z tym panem niezwykle wzrosła moja wiara w trakcie dzielenia się swoimi świadectwami tego co Bóg czyni w naszym życiu. Jego przykład i świadectwa nie zwykle mnie wzruszyły.

Po tym uniesieniu ruszyłem do swojego pokoju 922.
Po wejściu od razu zauważyłem, że moja kosmetyczka, która leżała na biurku pod lustrem była otwarta. Pamiętam, że przed wyjściem zamykałem ją, żeby nikt nie zauważył portfela w środku.
Zajrzałem do portfela i nie wierzyłem. 200 dolarów, pieniędzy, które miałem z ofiar z kościoła na błogosławienie ludzi w Izraelu i moje 50 dolarów z drugiej przegrody w portfelu zniknęły.
Okradziono mnie.

Była to wyrafinowana kradzież. Miałem w portfelu sporą sumę pieniędzy. Część pieniędzy miałem na kupno Szofaru do kościoła, inna część pieniędzy w osobnej przegródce w portfelu to ofiary ludzi z kościoła na błogosławienie Żydów w Izraelu, a pozostałe w jeszcze innym miejscu w portfelu to moje kieszonkowe.
Ktoś miał czas żeby przemyśleć ile wsiąść, żebym od razu może na to nie wpadł. Moje przepuszczenia padły na dwóch sprzątaczy z hotelu.

Darek był w tym czasie w łazience. Powiedział mi, że zanim zjawiła się obsługa sprzątająca - room service cleaner został poproszony przez jednego z dwóch sprzątaczy by opuścić pokój. Trwało to może 30 minut, kiedy Darka nie było w pokoju.
Udałem się niezwłocznie na recepcje hotelową z moim portfelem w ręku. Pokazałem i wyjaśniłem co przed chwilą zaszło. Zapewniono mnie, że kamery, która są w korytarzach w hotelu zostaną dobrze sprawdzone.
Nie schowałem portfela do sejfu będąc trochę za pewnym, że nikt mnie nie nieokradanie.
Portfel trzymałem w kosmetyczce, która była zapięta i leżała pod lustrem w naszej sypialni.

Był to przełomowy moment dla mnie w Izraelu. Od tego momentu zaczęły się cuda.
Podzieliłem się ta sytuacja z różnymi osobami z naszej grupy. Modliłem się, żeby diabeł oddał podwójnie to co ukradł według fragmentu z biblii. Modliłem się słowami z 2 Księgi Mojżeszowej, rozdział 22, wersety 1 i 4 przeciwko złodziejowi.


"Jeżeli ktoś ukradnie wolu lub owce, a potem je zarżnie lub sprzeda, odda pięć wołów za wołu, a cztery owce za owce".
"Jeżeli w jego posiadaniu znaleziono coś, co skradł, czy to wołu, czy jagnię jeszcze żywe winien zapłacić podwójnie".


Były też osoby z większą wiarą od mojej, gdy modliły się przy mnie by diabeł oddał to co mi ukradł siedem razy. Wiedziałem, że jestem odpowiedzialny za te pieniądze. Zwłaszcza kościelną sumę, która była mi powierzona.

Było mi przykro, że tak się stało. Czułem też, że powinienem mimo to pójść na ulice i zrobić to o czym marzyłem przed przylotem. Po uwielbiać Pana Boga z Polską flagą: Poland loves Israel.

Miałem też wsparcie. Po przeciwnej stronie siedzieli i czuwali: Darek, Ula, Jola i Ania. Nie byłem pewien jakiej reakcji mogę się spodziewać. Wiedziałem natomiast, że muszę uwielbiać w tym miejscu Pana Boga.
Rozwiesiłem flagą na balustradzie przy Cytadeli Dawida w Starym Mieście i zacząłem śpiewać swoje i nie swoje piosenki po piosenki po angielsku i po polsku. W czasie tego grania, Bóg wlewał mi w serce ogromną miłość do przechodniów. Teksty piosenek były o miłości do Boga, Jezusa. Ludzie przysłuchiwali się z okien kamienic. Reakcje ludzi no to co robiłem były niezwykle pozytywne. Podchodzili do mnie przechodnie z różnych krajów i rozmawiali. Poznałem pierwszego dnia między innymi 3 osoby z chrześcijańskiej ambasady z Jerozolimy, pastora z Meksyku, Niemców, różne osoby z Polski.  Reakcje ludzi były niezwykle sympatyczne.
Czułem jak Bóg kocha to miasto, jak uwalniana jest radość, wolność i życie. Kilka razy mówiłem głośno do ludzi, że Bóg ich kocha i kocha to miasto, że jestem Polakiem mieszkającym w Irlandii, który jest tu by powiedzieć, że Polska kocha Izrael.

Chodnik na którym stałem był miejscem łączącym chrześcijańską dzielnice z ormiańską i żydowską. Na przeciw mnie stały szwedzka szkoła biblijna. Po prawej na wprost było bardzo ruchliwe przejście do dzielnicy arabskiej.


Po około godzinnym graniu. Ruszyliśmy razem z Darkiem, Ula, Jolą i Anią do hotelu na kolację a później do naszej sali spotkań na godzinę 18:00 w Clal building, który jest poniżej.

 


Razem z nami Polakami, była grupa kilkunastu Niemców. Oprócz nas na to spotkanie został zaproszony prorok Izrael ( stojący na środku na zdjęciu ). Izrael urodził się i wychował w Izraelu. Jego rodzina pochodziła z Krakowa, gdzie została w większej części wymordowana w czasie holokaustu.

Dowiedziałem się też później, że córka Izraela zginęła w zamachu bombowym w autobusie, w którym jechała niedaleko od Clal building.
Izrael to niezwykły człowiek. Robił i robi to co Pan Bóg do niego mówi w każdym tego słowa znaczeniu.
Kilka lat tamu w tym samym budynku przyszedł by spotkać Pastora Jurka Rycharskiego i innych Polaków, którzy z tego co pamiętam byli w Izraelu pierwszy raz. Izrael miał na głowie Polską czapeczkę. Podzielił się proroczym słowem do nieznanych mu w tedy ludzi. Jurek powiedział mi osobiście, że było to słowo od Pana Boga i bardzo zachęciło go do kontynuowania całodobowego i siedmiodniowego uwielbienia w czasie Święta Namiotów - Sukkot.

Izrael na naszym spotkaniu powiedział wiele ciekawych rzeczy. To co mnie dotykało i co się stało. Prorok Izrael powiedział coś takiego: Nie jestem w stanie pomodlić się każdy z was. Nie oczekujcie, że będę się o Was modlił. Nie będę tego robił. Wyciągnijcie swoje ręce do Jezusa, który jest w niebie i powiedźcie Bogu czego oczekujecie. Co chcecie aby Wam uczynić w czasie Święta Namiotów. Modliłem się bardzo szczerze pragnąć doświadczać Bożej obecności cudów i znaków, intymnej Bożej obecności, przełomów w moim życiu.

Pieniądze od ludzi na ulicy:
Kilka dnie póżniej.
Postanowiłem po uwielbiać Pana Boga w starym mieście pod cytadelą Dawida - tam gdzie wcześniej.
Był to trochę trudny czas, jeśli chodzi o granie na ulicy. Nie mogłem się za bardzo "przebić" przez pierwsze kilkanaście minut. Czułem zmaganie i trud, na ulicy było znacznie głośniej niż poprzednio. Zaczęłam się modlić na głos kiedy grałem na gitarze, by Jezus przegonił to co nie pozwalało mi w wolności i radości uwielbiać Jego imię. Po jakimś czasie zobaczyłem moich współtowarzyszy Jolę, Darka i Ulę jak siedzą na przeciw mnie i wspierają mnie duchowo.

W czasie grania lub raczej jak kończyłem śpiewać piosenki podchodziły do mnie różne osoby by porozmawiać. Jedna z nich podeszła i wręczyła mi 50E. Za chwilę inna kobieta z Holandii podeszła i poprosiła o modlitwę. Zawołałem Ulę i razem pomodliliśmy się o pewne życiowe problemy, które ta pani miała by Bóg pomógł je rozwiązać. Po jakimś czasie skończyłem wywyższać Boga i ogłaszać Bożą miłość dla Jeruzalem. Poszedłem do pobliskiej kawiarni napić się mrożonej kawy. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu Ula wręczyła mi kolejne 50E od tej samej pani z Holandii o którą się właśnie modliliśmy. Nie były to absolutnie pieniądze za modlitwę. Ta kobieta poczuła, żeby przekazać mi tą sumę przez Ulę obawiając się, że mogę tych pieniędzy nie wsiąść.
Wyszedłem z kawiarni  usiadłem pod ścianą i się rozpłakałem.
Bóg wie kiedy zadziałać i jak dotknąć człowieka! :)

3 dni później:
Zadzwonił do mnie hotelowy telefon, kiedy byłem w pokoju. Usłyszałem głos w słuchawce, managera hotelu, który się przedstwił. Opowiedziałem mu co się dokładnie wydarzyło i jak zostałem okradziony.
Manager poprosił mnie, żeby zszedł na dół na recepcje z moją kartą płatniczą na którą to hotel przelał mi
250 dolarów. Dokładnie tyle ile zostało skradzione z mojego portfela.


piątek, 27 września 2013

„Bóg mi dał marzenie, które spełnił” Wspomnienia z Izraela





Przed wylotem!

Na początku tego roku Bóg stopniowo wlewał mi do serca pragnienie zobaczenia Izraela.
Przełomowym momentem było coś w rodzaju obrazu, marzenia, który nosiłem w sobie. Widziałem się z gitarą na ulicy w Jeruzalem z wywieszona obok mnie Polską flagą z napisem: POLAND LOVES ISRAEL. 

Nigdy szczególnie nie myślałem, żeby lecieć do Izraela. Kiedy to marzenie, sen, wizja przypominała mi się coś się działo w moim sercu. Pragnąłem tam pojechać coraz bardziej. Pamiętam, że dzieliłem się tym z kilkoma osobami. Jedna z nich mnie poklepała po ramieniu, żeby Rafi zleciał trochę na dół na ziemie bo szybuje za wysoko z "crazy" marzeniem..

Jakiś czas później grupa chrześcijan z Polski dała nam znać w kościele w Dublinie o wyjeździe do Izraela we wrześniu na jedno z najważniejszych świąt Żydowskich - Sukkot - Święto Namiotów. Mieliśmy razem z innymi narodami modlić się o błogosławieństwo, obfitość, pokój dla Izraela i innych krajów.
 
Któregoś dnia opowiadałem o tym marzeniu kilku osobą w w niedziele po nabożeństwie w naszym kościele  - Rescue Church w Dublinie. Powiedziałem o swoim marzeniu, wizji grania na ulicy. Powiedziałem też, że nie mam pieniędzy na tę podróż nie oczekując niczego. Nagle jedna z tych osób powiedziała kilka sekund po tym jak skończyłem się tym dzielić: "Zapłacę za twój bilet, hotel i dostaniesz jeszcze kieszonkowe". W ciągu następnych kilku dni pytałem się tej osoby czy jest pewna tej decyzji bo cały koszt był sporą sumą. Byłem w szoku!

Wierzyłem i bylem przekonany, że jeśli Bóg używa tego kochanego człowieka bym mógł tam polecieć będą działy się niezwykłe rzeczy. Nie wiedziałem jednak, że Bóg mnie tak mocno tam zaskoczy.
2 dni przed wylotem kończyłem dopracowywać napis na fladze tak, żeby było wyglądało to tak jak to widziałem w moim marzeniu. Flagę poprawiłem kilka razy, dzięki mojej kochanej żoneczce artystce. 
Agnieszka nie chciała mi technicznie pomoc, bo powiedziała: "Jeśli Bóg dał ci takie marzenie to zrób tą flagę sam dokładnie tak jak ja widziałeś". I miała racje. To było moje marzenie.

Rozmawiałem z kolegami z Izraela w pracy na temat ich kraju. Czytałem informacje i oglądałem filmiki o święcie Sukkot - Święcie Namiotów. Okazuje się, że to jedno z najważniejszych świąt dla Żydów.
Sukkot - Święto Szałasów ( Namiotów ) należy do świąt bardzo radosnych i upamiętniających mieszkanie w szałasach podczas ucieczki Izraelitów z Egiptu i wędrówki do Kanaan. Przez siedem dni święta ortodoksyjni żydzi mieszkają poza domem w budach przypominających szałas pod gołym niebem - w Izraelu często budowanych na balkonach. Ludzie całymi rodzinami uczęszczają do Synagogi, by modlić się do Boga o dobre plony i deszcz. 

"Mów do synów izraelskich i powiedz im tak: Te są uroczystości świąteczne Pana, w które będziecie zwoływać święte zgromadzenia. Te są moje święta". (Kpł 23:2).

"Święto Szałasów będziesz obchodził przez siedem dni, gdy zbierzesz plon ze swego gumna i ze swojej tłoczni. Będziesz się weselił w to swoje święto, ty i twój syn, i twoja córka, i twój sługa, i twoja służebnica, oraz Lewita i obcy przybysz, i sierota, i wdowa, którzy są w twoich bramach; przez siedem dni będziesz świętował na cześć Pana, Boga twego, na miejscu, które Pan wybierze, gdyż błogosławić ci będzie Pan, Bóg twój, we wszystkich twoich plonach i w każdym dziele twoich rąk, i będziesz prawdziwie radosny. Trzy razy w roku zjawi się każdy mężczyzna z pośród was przed Panem, Bogiem twoim, na miejscu, które wybierze: w Święto Przaśników, w Święto Tygodni i w Święto Szałasów, lecz nie zjawi się przed Panem z próżnymi rękami". (V Moj. 16:13-16).
 
W niedziele dzień przed wylotem zebraliśmy w kościele kolektę, pieniądze, żeby błogosławić naród Żydowski jak będziemy już tam na miejscu. Ludzie w kościele pomodlili się o nasz wylot, tych którzy lecieli z Dublina do Tel-Aviv: Ule, Anie, Jole, Darka i mnie.
Podzieliłem się też słowami z Księgi Przypowieści Salomona, które mówią o tym, że kiedy człowiek nie ma marzeń, wizji, planu dla swojego życia to najprościej w świecie oddala się, odchodzi od Pana Boga. Ja dostałem marzenie i bardzo chciałem je zrealizować. 

"Gdzie nie ma objawienia, tam lud się rozprzęga" (Ks. Prz.28:18)
Powiedziałem też przyjaciołom i znajomym w kościele, że lecę odebrać dziedzictwo dla siebie, wierzącego i nawróconego chrześcijanina i jako pastor dla kościoła. Oczekiwałem i pragnąłem oglądać moc Jezusa w Jego Świętym Mieście - Jeruzalem. 

Lecimy!( Poniedziałek 16.09 ) 




Na lotnisku w Dublinie mieliśmy mała przygodę. Ania miała problem z odebraniem biletu. Po krótkiej chwili wszystko było w porządku i byliśmy gotowi do odprawy.

Podróż do z Dublina do Istambułu trwała około 4 godziny. Była to niezwykle wygodna i przemiła podróż.
Turkish Airlines nas zaskoczyło. Full wypas obsługa z wliczonymi w cenę biletu posiłkami.
Oprócz tego, nie miałem najmniejszego kłopotu zabrać ze sobą gitarę, jako podręczny bagaż. Nie musiałem za to dodatkowo płacić. 






Dolecieliśmy cali i zdrowi do Istambułu. Miasta liczącego ponad 17 milionów ludzi. Lotnisko było ogromne jedno z największych na jakich byłem do tej pory. Po wylądowaniu okazało się, że Ania zgubiła w samolocie aparat fotograficzny. Pomodliliśmy się razem na głos by Bóg nas ochraniał, prowadził i był z nami w czasie tej podróży.

Po przeczekaniu kolejnych kilku godzin wsiedliśmy na pokład samolotu tych samych lini lecącego już bezpośrednio do Tel-Avivu. Przestawiłem zegarek o 2 godziny do przodu z czasu londyńskiego na lokalny.
Klimat i atmosfera wyprawy robiła się coraz gorętsza. Na odprawie i terminalu w Istambule widziałem wielu ortodoksyjnych Żydów lecących z wszystkich stron świata do Izraela na Święto Namiotów.

Samolot do Izraela był pełen ludzi. Większość tych ludzi można było rozpoznać kim są po charakterystycznym ubiorze: pejsy, brody, czarne kapelusze, jarmułki..
Darek usiadł pod oknem a w środek posadziliśmy na fotelu moją gitarę. Miałem mały dylemat jak to się skończy, bo nie wiedziałem czy ktoś nie będzie chciał usiąść na to miejsce. To było chyba jedyne wolne miejsce w całym samolocie. Samolot był obładowany pakunkami i walizkami. Gitarka była gotowa lecieć na swoim fotelu.

Nagle ktoś mnie zapytał z tyłu po angielsku z rosyjskim akcentem czy będę grał na gitarze w samolocie.
Odwróciłem się i od razu ta osoba wzbudziła we mnie ogromną sympatie. Gość był ubrany jak zapamiętany przeze mnie z dzieciństwa "Skrzypek na dachu". Ariel, który przedstawił mi się później leciał z Nowego Jorku razem ze swoja żoną - Emmą i najmłodszym 19-letnim synem Emmanuelem. Para pochodziła z rosyjskiej republiki, której nazwy nie pamiętam. W 1987 wyemigrowali do USA. Lecieli do najstarszej córki, której właśnie urodziło się dziecko.
Ariel i jego żona pytali mnie po co lecimy do Izraela. Podekscytowany opowiedziałem im o moim marzeniu wielbienia Boga na ulicy w Jeruzalem i błogosławienia Żydów. Emmanuel - ich najmłodszy syn zapytał mnie co znaczy dla mnie błogosławienie Izraela. Wytłumaczyłem im, że pragnę by Bóg błogosławił ich naród i Żydów w obfitości zdrowia, szczęścia, finansów, pokoju. Byli tym niezwykle dotknięci. Emma i Ariel rozmawiali z Darek też po rosyjsku. Darek świetnie sobie dawał radę.

Dostałem też przez pomyłkę w samolocie koszerne jedzenie, które bardzo mi smakowało. Ariel i Emma oddali mi i Darkowi swoje zapakowane posiłki bo chcieli zjeść obiad u swojej córki. Ariel ma swoją firmę w USA, która robi meble. Wymieniliśmy się adresami. Poznałem też inna rodzinę młodych Amerykańskich Żydów lecących z New Jersey.

Po wylądowaniu w Tel-Avivie około 00:00 Ula powiedziała mi, że chyba cały samolot słyszał mnie i historie po co tam lecimy. Nie wiem dlaczego :) Głośno rozmawialiśmy ale to chyba z podekscytowania.
Po wylądowaniu i przed pokazaniem dokumentów zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia. Żona Ariela powiedziała do niego: "Jesteś za niski przy Rafaelu" a Ariel jej odpowiada: "Nie! To on jest za wysoki przy mnie". Uśmiałem się do łez. Gość miał klasę, styl i zero kompleksów.


Dotarliśmy do hotelu około godziny 01:00.
W pokoju było jeszcze jedno łóżko. Czekaliśmy na nowego rodaka "współspacza", który miał niebawem do nas dołączyć. Widok z okna z 9 piętra był wspaniały. Piękne niebo, ciepłe powietrze i widoki uderzały w moje serce i duszę. Nie mogłem wyjść z podziwu, że jesteśmy w Jerozolimie. Nie mogłem się doczekać kolejnego dnia.




O 8:30 rano mieliśmy jechać na wycieczkę krajoznawczą z przewodnikiem. Szykowaliśmy się z Darekiem do snu. Przed zaśnięciem jednak postanowiliśmy, że nie zmarnujemy koszernego obiadku.